Dlaczego Polacy unikają prawników? Między „Google wie lepiej” a poradami z AI
- Beniamin Kołodziej
- 28 mar
- 3 minut(y) czytania

Są w życiu rzeczy, które robimy intuicyjnie. Gdy boli ząb, idziemy do dentysty. Gdy cieknie rura, dzwonimy po hydraulika. Gdy natomiast pojawia się problem prawny, otwieramy przeglądarkę i wpisujemy magiczne hasło: „co zrobić, gdy…”. A ostatnio coraz częściej nawet nie przeglądarkę, tylko ChatGPT albo inne narzędzie oparte na sztucznej inteligencji. I w tym momencie zaczyna się przygoda.
Z badania „Świadomość prawna Polaków” z 2019 r. wynika, że tylko co piąta osoba decyduje się skonsultować problem prawny ze specjalistą. Reszta? Uzbrojona w determinację, dostęp do Internetu i – co szczególnie interesujące – rosnące zaufanie do algorytmów, rusza na podbój forów, portali i chatbotów. Niemal połowa badanych ocenia swoją wiedzę prawną jako dobrą, a część jest wręcz pewna swoich kompetencji. Trudno powiedzieć, czy to optymizm, czy raczej przykład klasycznego „nie wiem, że nie wiem”, tylko w wersji wspieranej przez technologię.
Internet stał się pierwszym odruchem, miejscem, w którym szukamy odpowiedzi na wszystko – od kataru po klauzule umowne. Sztuczna inteligencja tylko ten proces przyspieszyła. Problem w tym, że szybkość odpowiedzi zaczęła być mylona z jej jakością. Bo o ile wyszukiwarka przynajmniej pokazuje źródła, o tyle modele językowe potrafią odpowiedzieć w sposób przekonujący, płynny i – niestety – całkowicie oderwany od rzeczywistości prawnej.
Pojawia się zjawisko, które w praktyce zaczyna być coraz bardziej widoczne: algorytm powołuje się na orzeczenia, które brzmią bardzo profesjonalnie, mają sygnatury, uzasadnienia, a problem polega wyłącznie na tym, że… one nie istnieją. Do tego dochodzi przywoływanie przepisów, które zostały uchylone albo – w bardziej kreatywnej wersji – nigdy nie obowiązywały. Czasem wszystko wygląda poprawnie, tylko system prawny się nie zgadza, bo odpowiedź jest kalką rozwiązań anglosaskich, które z polską procedurą mają tyle wspólnego, co poradnik amerykański z realiami polskiego sądu rejonowego.
Na pierwszy rzut oka brzmi to jak drobna niedogodność. W praktyce potrafi być początkiem bardzo kosztownych decyzji. Bo jeśli ktoś otrzymuje odpowiedź podaną pewnym tonem, opartą na „konkretnych” przepisach i „orzecznictwie”, to naturalną reakcją jest uznanie jej za wiarygodną. Problem w tym, że weryfikacja takich informacji wymaga już dokładnie tego, czego próbowaliśmy uniknąć – wiedzy prawniczej albo konsultacji z prawnikiem.
Na tym tle fora internetowe zaczynają wyglądać wręcz konserwatywnie. Tam przynajmniej wiadomo, że ktoś pisze „z doświadczenia”. W przypadku sztucznej inteligencji mamy do czynienia z czymś znacznie bardziej przekonującym – symulacją eksperckiej odpowiedzi, która nie zawsze ma pokrycie w rzeczywistości. Różnica jest subtelna, ale fundamentalna.
Oczywiście nie oznacza to, że Internet czy narzędzia AI są bezużyteczne. Wręcz przeciwnie – potrafią być świetnym punktem wyjścia, pomagają zrozumieć ogólny kontekst, uporządkować pojęcia. Problem zaczyna się wtedy, gdy traktujemy je jako substytut analizy prawnej, a nie jej wstęp. Bo prawo nie działa w próżni. Każda sprawa ma swój kontekst, niuanse, detale, które potrafią odwrócić wynik o sto osiemdziesiąt stopni. Algorytm tego nie „widzi” – on jedynie przewiduje najbardziej prawdopodobną odpowiedź językową.
Dlaczego więc mimo wszystko tak rzadko korzystamy z pomocy prawnika? Bo wydaje nam się, że damy radę sami. Teraz dodatkowo mamy wrażenie, że ktoś nam w tym „samodzielnie” pomaga – szybko, bezpłatnie i bez wychodzenia z domu. W drugiej kolejności pojawia się kwestia kosztów. Wielu osobom wydaje się, że usługa prawnika to wydatek, który można odłożyć. Problem w tym, że to „odłożenie” często kończy się sytuacją, w której nie ma już czego odkładać.
Do tego dochodzi przekonanie o nieskuteczności prawników. Klient przychodzi z oczekiwaniem szybkiego, jednoznacznego rozwiązania, najlepiej potwierdzonego przez „to, co znalazłem w Internecie”. A potem zderza się z rzeczywistością, w której odpowiedź brzmi: „to zależy”. I to „to zależy” bardzo często jest warte więcej niż najbardziej stanowcza, ale błędna odpowiedź wygenerowana w kilka sekund.
Sedno pozostaje niezmienne. Prawo działa trochę jak zdrowie. Profilaktyka jest nudna, mało spektakularna i – co najgorsze – wymaga działania zanim pojawi się problem. Konsultacja umowy przed jej podpisaniem nie budzi emocji. Ale już spór sądowy wynikający z tej samej umowy potrafi dostarczyć ich aż nadto.
Różnica polega na kosztach. Sprawdzenie dokumentu czy szybka porada prawna to zwykle wydatek relatywnie niewielki. Późniejsze próby ratowania sytuacji – oparte czasem na błędnych założeniach wyniesionych z forum albo, co coraz częstsze, z rozmowy z algorytmem – to już zupełnie inna skala.
Można więc dalej wierzyć, że „jakoś to będzie”, że Internet wie lepiej, a sztuczna inteligencja „przecież się nie myli”. Można też potraktować sprawy prawne nie jak problem do rozwiązania w ostateczności, ale jak element dbania o własne bezpieczeństwo. Bo w praktyce wybór rzadko sprowadza się do pytania, czy zapłacić prawnikowi. Znacznie częściej chodzi o to, czy zapłacić mniej teraz, czy zdecydowanie więcej później – już bez złudzeń, że odpowiedź znajdzie się w kolejnym oknie czatu.



Komentarze